Maria Konopnicka - Nasza szkapa - treść noweli - klp.pl
Streszczenia i opracowania lektur szkolnych klp klp.pl Lektury Analizy i interpretacje Motywy literackie Epoki
- Mleka by tez jej trzeba świeżego, mięsa, wina kieliszek czasem... Tu lekarstwa nic nie poradzą, tu dietę trzeba posilną prowadzić...
Poszedł już, już i na drugą ulicę skręcił, bom patrzył za nim, a ojciec precz jeszcze w sieni stał, w ziemię patrzył i wąsy gryzł.
Aż nagle się poruszywszy, koszulę na piersiach szarpnął, woreczek ze szkaplerzem rozerwał i dobywszy z niego srebrny pieniądz z Matką Boską, mnie po węgle i po mleko postał przykazując, żebym nie powiadał matce, jak i skąd.

Nazajutrz w południe zabieraliśmy się właśnie do przedstawienia i już się Felek na szkapę gramolił, gdy nagle ojciec do stajenki wszedł, a za nim pan Łukasz Smolik, chrzestny Piotrusia naszego, dorożkarz z Pragi.

Zaraz mnie coś tknęło, więc szturchnąłem Felka i obaj stanęliśmy jak trusie.

Pan Łukasz, próg przestąpiwszy, bat swój w kącie postawił, ogromny kościsty nos w połę kapoty granatowej utarł i wyciągnąwszy chudą, długą szyję, tabakę z wolna zażywał- Człowiek to był już stary, wysoki i dobrze zgarbiony; oczki miał małe. czarne, świdrowate, brwi krzaczaste i chudy, zarastający od spodu podbródek. Pod jego kościstym nosem sterczały żółte, saperskie wąsy. którymi, biorąc tabakę, jak królik poruszał. Spod wielkiej granatowej czapy wyglądały sine, białawym puszkiem porośnięte uszy, z których prawe ozdobione było srebrnym kolczykiem. Do nas zaglądał pan Łukasz rzadko, choć go kumoterstwo z nami łączyło; mówiła o nim matka, że kutwa, że na groszach siedzi; czasem znów przepowiadała, że wszystko Piotrusiowi zapisze, bo wdowiec bezdzietny był.

Kiedyśmy się tak. oniemiawszy nagle, przypatrywali panu Łukaszowi ojciec jakby nas me widział-do żłobu prosto poszedł, szkapę odwiązał i po zadzie ją dłonią uderzył.

- Ano, stara! -zawołał obracając ją łbem do światła. Szkapa zmrużyła zdrowe swoje oko, a ślepym, osłupiałym, szeroko otwartym, zdawała się patrzeć gdzieś daleko, daleko.
Pan Łukasz szczyptę tabaki u nosa trzymając zaczął się słodko uśmiechać a przekrzywiwszy głowę patrzył na szkapę to z lewej, to z prawej strony.
- He!... He!... He!... A co to kumeczek przedawac chcesz?... Skórę czy kości?
Spojrzał ojciec posępnie spod oka i zaraz mu się wąsy podniosły, ale przełknął tylko ślinę i rzekł:
- Skóra i kości zarobią u was, kumotrze, na mięso. Byle temu pochlebić trochę owsem, to to będzie jak kluska okrągłe.
- A bodaj też kumeńka!--- - rozśmiał się znów pan Łukasz. - Pochlebić! Pochlebić! Ale to owies drogi tera, kumeńku. Pięć złotych ćwiarteczka, kumeńku! I siano też drogie...
- A drogie - rzekł obojętnie ojciec, ale widziałem, że mu się oczy zapaliły.

- Nastąp! Noga! Ano!... - zawołał uderzając szkapę, która przestąpiła wlokące się za nią postronki.
- He!... He!... He!... - rozśmiał się słodziej jeszcze pan Łukasz. - I szpacik, widzę, jest...

- A jest - odparł ojciec krótko, suchym głosem.
Pociągnąłem Felka za rękaw, jako że bezpieczniej mi się zdało bliżej drzwi się trzymać, ale mnie tylko łokciem pchnął i szeroko otwartymi oczyma to na ojca. to na przybyłego patrzył.

- U-u-u... szpat, psia... - mówił tymczasem pan Łukasz, wyciągając obrastający podbródek z żółtej bawełnianej chustki. - U-u-u... szpat!... - ustami cmokać zaczął. - Nie wyjdzie już ona z niego, nie! - dodał wciągając niuch tabaki i kiwając głową.
Ojcu podnosiły się wąsy coraz wyżej, aż je ręką w dół szarpnął.
- Ja jej tam kumotrowi nie wpieram! - rzekł patrząc w ziemię. -
Dla mnie ona i ze szpatem dobra! Żeby nie choroba kobiety, tobym kobyły pewno nie puszczał między ludzi! Toć żywicielka nasza...
Pan Łukasz zmilczał, a schyliwszy się. dłonie na kolanach oparł i po nogach szkapie patrzył
- Łogawa może?... He!... He!... He!... - rozśmiał się pytając.
- Łogawa! Ta kobyla łogawa! - krzyknął ojciec, a już cały stał w ogniach. -Żeby mnie tak Bóg skarał. jak ona łogawa! Pokaż, kumoter... Gdzie ona łogawa?...

- No... no!... - uśmiechał się słodko pan Łukasz -ja też tylko się pytam, boć to przy kupnie konia jak przy żeniaczce: czego nie dopatrzyć, okiem, to dopłacisz workiem...
- Ja ta nie machlerz! - rzekł porywczo ojciec, a już mu ręce latać zaczęły- - Ja ta nikogo omachlować nie chcę! Co prawda, powiem a co nieprawda - nie.
- A co ona?... ślepa?... - zapytał nagle prostując się pan Łukasz i rozsunąwszy palcami zmartwiałą powiekę szkapy, z bliska jej w oczy zajrzał.

Poruszył się Felek. a przestąpiwszy z nogi na nogę, szczypnął mnie, w słabiznę tak, żem omal nie wrzasnął.
- A ślepa - odrzekł na podziw spokojnym głosem ojciec, choć znów mu się wąsy zjeżyły. - Na lewe oko ślepa. Takem ją już kupił i taka je. U mnie ta nie oślepła.

- He, he, he!... - rozśmiał się słodko pan Łukasz i znów do tabaki sięgnął. -Tak mi też, kumeńku, mów! Ślepa!... U-u-u... szpetnie ślepa!...U-u-u!...
Otrząsnął palce i tabakę schował.
- Jak ona ślepa jest - rzekł pociągając nosem - to znów inszy interes, insze gadanie...

Po twarzy ojca przeleciał nagły ogień.
- A cóż tam za insze gadanie ma być? - rzekł porywczym nieco głosem. - Ślepa, to ślepa! Przecie jej kumoter na książce uczyć nic da, do szkoły nie pośle, A ja kumotrowi powiadam, że druga ślepa szkapa lepsza je niż ta widząca. A to kobyla drożna taka, żem jak żyjący przez

tyle lat dróżniejszej nie widział.
- Ale... ale!... - śmiał się słodko pan Łukasz. - Bogdaj cię też kumeńku, z taką mową. Toć byś ty, kumeńku. wmówić we mnie chciał. że ślepa szkapa najlepsza.
- Najlepsza, nie najlepsza! A równo, com dróżniejszej kobyły nie widział, tom nic widział. A co o wmawianiu to najmniej, bom przecie katolik, nie Żyd.
Ojciec mówił z wolna, hamując się. ale glos mu kipiał.
Nagle, jakby nas dopiero co zobaczył, chwycił Felka za kark i. pchnąwszy go we drzwi, krzyknął:
- A nie pójdziecie wy mi stąd, psienogi?...
Dmuchnęliśmy jak wiali ze stajenki i jak wiatr do izby wpadli.

W parę pacierzy potem wszedł ojciec uspokojony wraz z panem Łukaszem, jako że nie godzi się o bydlę targu przybijać inaczej. tylko w izbie, pod dachem; Cygany tylko nie pilnują tego. Zaraz też zaczęli sobie rękę dawać pan Łukasz przez połę swej dorożkarskiej kapoty, ojciec przez
Spencer, co mu w strzępach na grzbiecie wisiał.
- Bóg świadkiem - mówił ojciec - że bym obcemu, a jeszcze też Żydowi za żadne pieniądze kobyły tej nie przedał. Tak wiem przynajmniej, że w dobre ręce idzie...

- He... He... He... - śmiał się pan Łukasz - po kumoterstwie! Po kumoterstwie! Krzywdy jej nie zrobię...
- A jakby, nie daj Boże - tu głową wskazał na matkę, która jak martwa z zamkniętymi oczami leżała - no, toć człowiek nie kamień, toć już tak po przyjacielstwie darmo wywiozę...

Nie odrzekł ojciec nic, ani w tę, ani w tę stronę, tylko oczy spuścił i wąsów szarpnął, a matka obudziła się z jękiem. Może nie spała nawet.
Kiedy pan Łukasz, zgiąwszy się we dwoje, z izby za ojcem wychodził, rzuciliśmy się w te pędy, żeby do szkapy lecieć.
Ale ojciec odwrócił się nagle:
- Ani mi nosem za próg! - krzyknął ostro. - W izbie siedzieć...
I trzasnął drzwiami.

Byliśmy jak ogłuszeni. Patrzyłem na Felka, a on patrzył na mnie; oczy robiły mu się coraz większe, coraz przeźroczystsze, usta i broda jak w febrze latały, aż schwyciwszy się obu garściami za włosy: - Siarczyste! -wrzasnął i zaniósł się wielkim płaczem.
Zaczęły się teraz dobre czasy. W izbie zrobiło się ciepło, grzyby po ścianach róść przestały; od sklepikarki pożyczyliśmy drugiego saganka na kaszę.

Tylko że bez szkapy okrutnie się nam widziało smutno, a co który na stajenkę spojrzał, to mu świeczki w oczach stawały. A i matka jakoś nie miała wskórania.

- Już ja będę umierać, Filipie... - mówiła takim cichuchnym głosem jak ten wiatr letni. - Już się ty nie kosztuj na mnie.
To znów ni z tego, ni z owego jej się poprawiało; wołała, żeby jej piwa zagrzać albo i mleka z masłem, a Piotrusia sama myła, czesała; opowiadała nam wtedy, jak to ona ozdrowieje, jak do Częstochowy pójdzie, jak nas ze sobą zabierze, jakie to my tam zobaczymy wieże, jaki kościół, jakie granie na organach będzie. A miała wtedy płomień na twarzy, a oczy świeciły jej jak próchno. Bywało tak zwykle wieczorem.

Ale gdy przyszedł ranek, leżała niby bez duszy, co dzień bielsza, a jak mgiełka przeźroczysta. Ani w niej głosu, ani w niej tchu. ani żadnego chcenia. Porywa się ojciec, ucho do ust przykłada, przykazuje nam cicho być - i słucha. Aż westchnie głośno, jakby sam nagle ożył, i oczy do tego czarnego krzyża nad łóżkiem podniesie.
Aż raz się nie dosłuchał jakoś.

Matka umarła w nocy tak cicho, że nikt nie słyszał nawet.
Piotruś przy niej tej nocy spał a i on nie słyszał. Wyszła z niej duszyczka jak para; ani się tyle nie załopotała co wróbel, kiedy odlata.

Więc kiedy ojciec oderwawszy głowę od jej wyschłych piersi krzyknął, że matka nie żyje, stanęliśmy przed łóżkiem w wielkim zadziwieniu patrząc to na posiniałe usta, to na Piotrusia, który przy jej zimnych sztywnie wyciągniętych nogach spał ciepły, rumiany, perlistym polem na czołku okryty... Taki ci pędrak, że go śmierć łokciem trąciła, a on nic!

Zaraz się w naszej izbie tumult wielki zrobił, sąsiadek się naschodziło, zaczęły radzić, głowami kiwać, wzdychać, a że nam ojciec tego dnia kaszy nie gotował, a Piotruś jeść płakał, więc go sklepikarka pojęła do siebie, a i nam po bułce dała.
- A to ci baba skruszała! - szepnął Felek, po czym ją zaraz pocałował i bosymi nogami szastnął w zamaszystym ukłonie.
Cały ten dzień było mi tak, jakby mi kto do ucha szeptał: ,,Nie ma już matki!... umarła już matka..." To zaraz wycierałem pięściami oczy, bo mi się okrutnie płakać chciało.

Mimo to jednak bawiliśmy się tego dnia doskonale, bo taka u nas ciżba Była, jak na Ordynackiem. Jak zapamiętam, nigdym tylu ludzi nie widział w naszej suterynie; co kto przejdzie koło nas, to po głowach głaszcze, to się lituje, to pociąga nosem.
Wczoraj jeszcze w całej kamienicy nikt na nas inaczej nie wołał, tylko łobuzy albo urwipołcie; a dziś. jakby im kto gęby miodem posmarował: "Sieroty! Sieroteńki! Niebożątka!..."
A Felek tylko się nastawia, a oczami mruga, a co kto przyjdzie, to mnie poszturchuje.

- A to ci komedyje! A to tyjatr!.. - szepce i w ściśniętych pięściach robi dwie skandaliczne figi, a język sam mu się spoza zębów wysuwa, cienki i ostry jak żądło.
Ojciec tymczasem jak nieprzytomny po izbie chodził, co weźmie, to położy, choć się tam w tej pustce nie było wielce czego jąć.
A baby nuż się po tej naszej biedzie rozglądać, nuż jedna drugiej na ucho szeptać, nuż ramionami ruszać, a głowa trząść, a stękać.,- Myślałem, że temu nigdy końca nie będzie, aż się nareszcie rozeszły, bo im obiad z garnków kipiał.

Żeby nie to ludzkie litowanie, to byśmy i nie czuli tak bardzo, że matka umarła. Z pół roku już się nic podnosiła w tej chorobie, a w ostatnich czasach samo cichutko na pościeli leżała, jak i teraz. I teraz, kiedym na nią patrzył, zdawało mi się. że spod rzęsów za Piotrusiem oczyma wodzi i uśmiecha się leciuchno, i co tylko ma powiedzieć: "Gdzie on tam gruby, biedaczysko!" Zupełnie jak dawniej, tylko że się tak świece nie paliły przy niej.

Od świec tych padała na nią żółtość przeźroczysta, która mnie straszyła; czułem też, że zimne miała ręce, gdy nam je ojciec pocałować kazał. Ojcu jednak przy niej ciepło być musiało, bo nabiegawszy się cały dzień, a to do kancelarii, a to do stolarzy, a to o furmankę - kiedy się ludzie rozeszli na zydlu u łóżka siadł, ręką głowę podparł i patrzył: to na krzyż czarny nad łóżkiem matki wiszący, to na głębokie cienie jej zamkniętych oczu. Usnąłem, a on jeszcze siedział. Ale w nocy obudziło mnie ciche szlochanie.

To Felek, który się przez cały dzień szastał i nastawiał, i z ludzi wydziwiał, a mnie w boki szturchał - siedział teraz na sienniku, w otwartej na piersiach koszulinie, rękami sterczące kolana objął, patrzył w pustą izbę i płakał.
Trzeciego dnia spaliśmy jeszcze pod maglą w sionce, gdzie nam ojciec siennik zaciągnąć kazał, kiedy we śnie usłyszałem jak gdyby znajome rżenie.

Zerwałem się; serce mi biło jak młotem.
Rżenie odezwało się znowu.

- Felek! Szkapa rży! - krzyknąłem chwyciwszy go za ramię.
Szarpnął się i na drugi bok przewrócił, ale gdy rżenie znów słyszeć się dało, porwał się on także, na sienniku siadł i szeroko otworzywszy oczy - słuchał.
Przeciągłe, ciche rżenie odezwało się raz jeszcze.
- Szkapa! - wrzasnął Felek i porwawszy na siebie katankę, ku schodom suteryny się rzucił.
Zacząłem się na gwałt odziewać, a tak mi ręce latały, żem do żadnego guzika trafić nic mógł.
- Wstawaj, Piotruś - wołałem - wstawaj! Szkapa przyszła!
I trząsłem nim jak wiązką słomy, bo się niełatwo budził.
Istotnie, przed bramą, zaprzężona do prostego, zasłanego kilimkiem wozu, stała nasza szkapa. U karku jej wisiał już Felek, objąwszy go oburącz, o ile dostać mógł; przy wozie stał pan Łukasz. Smolik i częstował stróża tabaką.

Podnieśliśmy zaraz wrzask nie do opisania.
- Szkapa! Nasza szkapa! Nasza droga, kochana, stara! - wołaliśmy na przemian, głaszcząc ją, klepiąc, tuląc się do niej. gdzie kto mógł. Piotruś gwałtem gramolić się chciał na nią.
- Stęskniła się bez nas szkapa, co?... Przyszła do nas szkapa? Przyszła?... Poczciwa, dobra, stara szkapa nasza.
I nuż jej zaglądać w zęby, nuż jej obmacywać nogi, nuż jej grzywe palcami czesać. Ani nam w myśli postało, po co ta szkapa do nas przyszła, na co to wóz ten czekał.

Ale i ona poznała nas także, i ona cieszyła się nami; przednią nogą, którą szpat znacznie pogrubiał, uderzała po bruku wesoło, ochoczo jakoby krzesząc dla nas iskierki radości; łeb jej to podnosił się, to schylał, nozdrza parskały raźno; to znów na głosy nasze i śmiechy strzygła uszami, wyciągała szyję, a donośne jej rżenie przenikało nas niewymowną rozkoszą.

Rżenie to zlewało się w jedno z trynitarskim dzwonem, który w tej chwili posępnie bić zaczął. Jednocześnie rozległ się z suteryny głuchy odgłos młotka. Aniśmy się spostrzegli, kiedy na wozie ustawiono trumnę.

- Wio! - zawołał pan Łukasz. Szkapa ruszyła, a my przy niej kłusem.
Na rogu ulicy obejrzałem się: gromadka sąsiadek i przechodniów już się rozproszyła, a za wozem, na którym pan Łukasz siedząc powoził, szedł ojciec sam, z czapką w ręku i zwieszoną głową.
Co do nas. biegliśmy tuż przy szkapie wesoło, ochoczo, ani na chwilę nie przerywając rozmów i pieszczoty. Poranek byt majowy, promienne słońce zalewało blaskiem ulice, most, Wisłę; z każdej akacji, z każdego gzymsu świerkały wróble. Głośniej wszakże niż wróble szczebiotała nasza gromadka.


strona:   - 1 -  - 2 -  - 3 -  - 4 -  - 5 - 

Polecasz ten artykuł?TAK NIEUdostępnij


  Dowiedz się więcej
1  Nasza szkapa - streszczenie
2  Krzywda dziecka ukazana w utworze
3  Nasza szkapa - narrator i narracja



Komentarze: Maria Konopnicka - Nasza szkapa - treść noweli

Dodaj komentarz (komentarz może pojawić się w serwisie z opóźnieniem)
Imię:
Komentarz:
 



2010-12-27 19:21:04

nudy nudy same nudy lepsza jest narnia lub wladca pierscienia wedlug mnie głupie wedlug innych fajne ale ja dopiro mam 12 lat i ksiazki mnie nie obchodza wole filmy i komputer




Streszczenia książek
Tagi: