Maria Konopnicka - Nasza szkapa - treść noweli - klp.pl
Streszczenia i opracowania lektur szkolnych klp klp.pl Lektury Analizy i interpretacje Motywy literackie Epoki
Matka ożywiła się nieco słuchając, kazała sobie Piotrusia podać do
łóżka, a i my stanęliśmy w pobliżu.

Zrazu grał ojciec wesoło, a grając tak mówił do matki:
- Pamiętasz. Anulka, Bielany? Pamiętasz, jak my się to poznali? Jakem ci to przygrywał idący?
- Pamiętam, serce - rzekła matka z cicha.
- Albo to, pamiętasz?... To ci było w Trójcę, na odpuście, na Solcu...
- Pamiętam - szepnęła matka.
- Tęgi sztajer`! - mruknął do mnie Felek szturchnąwszy mnie pod żebro.
- Miałaś wtedy tę różową w kratkę suknię i okrutnie mi się potem bez ciebie cniło, coś ze trzy dni - mówił ojciec miękkim głosem. - A to Anulka?...

- Tego nic wiem...
- Jak nie wiesz?... To przecie było na Woli, co my tam ze szwagrem poszli, com to kuflem cisnął w tego Niemca, że się do ciebie przysiadł...
- A prawda!--. -o szepnęła matka.
Ojciec grał dalej. Harmonijkę na kolanie trzymał, rozciągał ją i zesuwał, a po klapeczkach drobniutko palcami przebierał.
Jak żyję, nie słyszałem piękniejszej muzyki.
- Anulka! A to?... Jakże?...
- Pamiętam, Filipku! - mówiła matka - to było tej niedzieli, kiedyś na zapowiedzie dał. W Czerniakowie my byli z nieboszczką matką...
- Po miesiącuśmy już wracali -dodał ojciec. -Graliśmy w zielone...
- A jak wtedy bez pachniał!... A co słowików śpiewało...
- A jaka ty wtedy śliczna była... Jak ta róża w kwiecie...
Felek szturchnął mnie w żebro.
- A jak ty wtedy grał. serce... Jak ty grał...

Uśmiechnęła się, westchnęła, zdawała się zasypiać.
Ojciec i teraz grał ślicznie. Z początku wesoło, raźnie, jak gdyby do tańca same nogi nam podrygiwały. Potem jakby się do tej wesołości co przymieszało, coraz smutniej, coraz smutniej, jakoby do płaczu, tak że i Felek pięścią oczy raz i drugi wytarł; aż rozciągnął ojciec harmonijkę raz ze stron obu i dobył z niej głos tak żałosny, jak na organach, kiedy umarłemu grają.

Matka spała. Często na nią teraz przychodził sen taki, jakby nagle kto makiem oczy jej posypał. A budziła się potem osłabła, blada, z zimnym potem na wychudłej twarzy.
Posiedział tedy ojciec ze zwieszoną głową, posiedział, po czym westchnąwszy wstał, harmonijkę w ową czerwoną chustczynę owinął, pod pachę ją wsadził, a nasunąwszy czapkę, na palcach wyszedł.
Kiedyśmy się we trzech na sienniku pod matczyną chustką znaleźli, mtrącił mnie Felek w bok i rzekł półgłosem:

- Wicek!
- A co?
- Wiesz?... Stary to ci płakał przy tym graniu!
- E-e-e...
- Dalibóg! - przysiągł Felek palnąwszy się pięścią w piersi, aż mu w nich coś jękło. - Przeciem nie ślepy, widziałem... Tylko mu te łzy po wąsach kipiały...
- A cóż chcesz! - dodał po chwili -jak sobie człowiek tak wszystko jedno po drugim rozpomni...

Westchnął ciężko, poleżał chwilę cicho i na bok się do pieca obrócił; zaraz potem usłyszałem jego chrapanie. Ojciec tego wieczora późno do domu wrócił, ale przyniósł matce lekarstwo, ogień rozpalił i zrobił herbaty. Długo tej nocy usnąć nie mogłem, a w głowie ciągle mi coś grało, to smutno, to wesoło. Śniły mi się też różności do białego rana. A to że ogród jest w izbie i że bez na piecu kwitnie, a to że w` sieni słowiki śpiewają, a to że na ścianie, tam gdzie dawniej zegar wisiał, teraz stoi srebrny księżyc w pełni...

Kiedym się obudził, Felek już stał na sienniku i zapinał pasek na opadających go porciętach. Przez otwartą, srodze połataną koszulę sterczały mu wychudzone żebra, z kołnierza wychylała się szyja cienka jak u wróbla, a niezmiernie chude nogi czyniły go znacznie wyższym, niźli był w istocie.
- Felek! - zawołałem. - Cóżeś ty tak jak tyka przez ten miesiąc urósł?
- Głupi! - rozśmiał się Felek, - Ja tylko się wyciągam, żeby brzuch mniejszy był.

Wyciągnął się przede mną jak struna.
- A co? - zapytał.
- A to wyglądasz jak śledź marynowany.
- To dobrze! - zawołał Felek. - Walę na pajaca.
A kiedym się śmiał:
- A co? - rzekł - zły chleb, myślisz?
I trzasnąwszy się rękami po udach w górę wyskoczył, kozła w powietrzu przewrócił, po czym na cztery łapy jak kot cicho padł.
- Wiesz? - rzeki - to przez tego pędraka takem się wyciągnął i wskazał głową na Piotrusia, który zwykle najwcześniej się budził i do garnka patrzeć szedł, czy tam czego od wczoraj nie znajdzie.
- Jak idziem do ochrony - mówił dalej Felek - to ci całą drogę skomli, że głodny. Muszę ci mu co dzień pół mego chleba fasować, żeby cicho był.

- E-e-e? - zapytałem niedowierzająco, czując, że ja bym się może na bohaterstwo takie nie zdobył.
- Jak Pana Boga kocham! - przysiągł się natychmiast Felek, grzmotnąwszy się kułakiem w suche jak szczapa piersi.
I patrząc na Piotrusia, który na swoich krótkich, pałąkowatych nogach, z dużym, rozdętym ziemniakami brzuchem przez izbę się toczył, wybuchnęliśmy obydwaj szalonym, niepowstrzymanym śmiechem.
- Czego wy się tam tak śmiejecie, chłopcy? - zapytała słabym głosem matka.

- A to z Piotrusia - odrzekł Felek - że taki gruby...
- Gdzie on tam gruby, biedaczysko! Z czegóż by on był gruby! - mówiła matka. - Piotruś! - dodała. - A pójdźże do mamy, sieroto,
I uśmiechnęła się do niego, głaszcząc go po głowie, podczas kiedy my obaj dusiliśmy się od śmiechu z tej "hecy" -jak mówił Felek.
Wesołość nasza jednak wkrótce zasępioną została.
- Wiesz co, Anulku? - rzekł tego dnia ojciec, siadając na matczynym łóżku. - Trza będzie chyba szkapę między ludzi puścić.
- Szkapę? - zawołała matka i aż się na łóżku podniosła. - Bój się Boga, Filip! A toć nas ona wszystkich żywi!...

Ojciec się ciężko na ręku wsparł i wąsy w milczeniu skubał.
- Żywi albo i nieżywi! - odezwał się po chwili. -Z kacierzem na rzece się nie pokaż, woda rwie tak. że to ha! Koło żwiru nijakiej roboty nie ma. piasku też licho co odchodzi, na plecach by to człowiek rozniósł, a tu na każdy dzień sieczki kup, a i otrąb choć z garstkę, boć to owsa nie uwidzi w żłobie; tera pomieszczenie, tera ściółka, a wszystko drogo.

Matka jęknęła tylko.
Struchleliśmy słuchając. Piotruś oczy na ojca wytrzeszczył i otworzył usta; ja stałem jakby skamieniały.
Dopiero Felek taka mi sójkę w buk wsadził, że mnie aż zamroczyło.
- Słyszysz. Wicek! - krzyknął mi w samo ucho.
A toćżem nie głuchy! - huknąłem mu w ucho głośniej jeszcze.
I zaraz my wylecieli do sieni, bo nas taka żałość zdjęła, że tylko się za łby drzeć.

Szkapę kochaliśmy niezmiernie. Jak tylko zapamiętam, na świecie zawsze był ojciec, matka i szkapa. Felka potem dopiero bociany przyniosły, Piotrusia takoż: ale szkapa należała do rzędu tych istot, które zawsze są, bo są. Wyobrazić sobie po prostu nie mogłem ani jej początku, ani też jej końca. Szkapa należała do nas, a my do niej: ani my od niej ani ona od nas nić mogła się odłączyć. Było to tak naturalnym, żem zgoła nie pojmował innego porządku rzeczy. Kogo by tam brakło w naszej gromadce, to by brakło, ale nigdy szkapy. Toć to była cała
nasza uciecha.

Kiedy ojciec z rzeki do domu wracał, wybiegaliśmy - gdzie! aż w pół drogi, byle prędzej szkapę zobaczyć. Co który miał, to jej niósł i do pyska wtykał: kawałek chleba, ziemniak, znalezioną w podwórzu skórkę z cytryny...

I szkapa nas kochała bardzo. Z daleka już rżała ku nam i przyśpieszała kroku, strzygąc radośnie uszami, a kiedyśmy ją po szyi, po bokach klepali, rozumiała wybornie tę pieszczotę i zwiesiwszy łeb swój ciężki, skubała nas po włosach, po kurtkach Piotruś zwłaszcza był jej ulubieńcom; po prostu rżała na ojca, żeby go wziął z sobą.
Kiedy ją ojciec wyprzągł, zaczynała się dopiero heca. Natychmiast Felek wskakiwał na jej grzbiet kościsty, od starego chomąta obdarty, i podczas kiedy szkapa zanurzała swój łeb ogromny w głębinach uwiązanego jej u karku worka z chudą sieczką, on. przyklęknąwszy na jedno kolano lub stanąwszy na jednej nodze, wywijał czapką i krzyczał:
- A to jest sławny jeździec z suteryny, co nigdy nie traci miny! Nazywa się Feliks Mostowiak, herbu gnat! Ja chudy, ale chwat! Kto da więcej?... Na to "kto da więcej" - wybuchaliśmy tak piekielną wrzawą, że aż ludzie wybiegali z oficyny.

Po Felku gramolił się na szkapę Piotruś, aleśmy go ledwie podsadzić mogli, tak go przeważała rozdęta brzuszyna. Szkapę z Piotrusiem oprowadzaliśmy w tryumfie po podwórzu, nie dawszy jej spokojnie sieczki owej spożyć, a Felek znów wywijał czapką i wrzeszczał:
- A to jest Piotruś herbu szczur! Ma dwie laty i osiem dziur! Dwóch
zębów nie ma na przedzie i na szkapie jedzie!... Kto da więcej?...
Skąd on tu to "kto da więcej" przyczepił, nigdym odgadnąć nie mógł: Felek sam utrzymywał, że to już tak jedno do drugiego pasuje. I znów wybuchaliśmy szatańską wrzawa, jakby nas nie trzech, ale ze trzydziestu było.

- Przypatrzta się. moi ludzie - mówiła stojąc we drzwiach tłusta sklepikarka - co te? te bestie chłopaki Mostowiaków nie wyprawiają z tą kobyłą! A toć to czyste małpy z "meranzieryi".
I chwytała się za boki, trzęsąc od śmiechu, aż jej oczy w tłustej twarzy
zupełnie ginęły.

- Oj, batem, batem - skrzeczała chuda kucharka z drugiego piętra. - Ma tu dobrze na świecie być, ma tu Pan Bóg błogosławić, kiedy to ledwo od ziemi odrośnie, a już się rozpusty chwyta! Nie poszedłby to jeden z drugim do roboty, do "rzemiesła", do książki? W gębę to co wetknąć nie ma, a taką sodomę-gomorę po świecie robi!
A Felek nuż się w lewo i w prawo kłaniać, nuż chudej kucharce od ust buziaki posyłać, aż baba w największej pasji trzasnęła lufcikiem i z okna poszła.

Do szkapy odnosiliśmy wszystkie sprawy życia, o jej względy i łaski ubiegaliśmy się jeden przed drugim. Ona była ostatnią instancją w naszych sporach.

Korzystał z tego Piotruś niecnota i, kiedy się za pokrzywdzonego przez nas miał, nie mówił ,,powiem ojcu" albo "powiem mamie", ale ,,powiem szkapie".
Tej pogróżki nie lekceważyliśmy bynajmniej; i często gęsto dostał Piotruś jaki kąsek, szczególniej od Felka, byle tylko "nie powiadał szkapie".

Nie mogliśmy bowiem znieść, kiedy tak patrzyła na nas smutnie jednym okiem swoim, podczas kiedy na drugim, ślepym i zbielałym, powieka o siwej rzęsie podnosiła się i opadała z wolna, jak gdyby z wyrzutem...
- Słysz, Wicek! - mawiał Felek. - Co ta szkapa takiego w tym ślepiu ma, co tak świdruje?... A to bym ci wolał, żeby mnie ojciec paskiem przemierzył, niż kiedy ona tak patrzy. Do samego ci hunoru człowiekowi sięga...

Szkapę czyściliśmy co dzień. Ale nigdy nie obeszło się przy tym bez bijatyki o szczotkę i zgrzebło. Cośmy jej wtedy sierści nadarli! Cośmy naplątali grzywy! Stała jednak szkapa cierpliwie, zmrużywszy zdrowe oko, i tylko od czasu do czasu machała wypełzłym ogonem, jakby się oganiała od bąków.

Zaraz po Wielkiej Nocy zaczynało się pławienie szkapy. Jeszcze woda zimna była jak lód, a my już zawijamy porcięta i dalej do rzeki. Jaki był tryumfalny pochód! Chłopaki z całej ulicy chcieli i. nami lecieć, aleśmy ich odpędzali biczem.

Dopieroż szkapę wodą chlustać, dopieroż jej pęciny i boki wycierać, dopieroż jej przygwizdywać, jakeśmy to u ojca słyszeli. Największa bieda była kiedy szkapa dla uwolnienia się od nas i naszej opieki parę kroków w wodę dalej poszła.

- Utopi się! utopi! - wrzeszczał Piotruś i aż siniał, i przysiadał na ziemię obu się rękami brzucha własnego trzymając. Brnęliśmy tedy po nią i za ogon ku brzegowi ciągnęli, po czym zziajani, zmęczeni, wracaliśmy do domu, szkapa naprzód, my za nią, mokrzy, ociekający wodą jak topielcy.

I tę to naszą kochaną szkapę ojciec by przedać miał?
Było to w naszym rozumieniu coś jakby skończenie świata.
Zaraz też wyleciawszy do sieni, palnąłem Felka w ucho, on mnie na odlew w kark, ja znów nie bawiący grzmotnąłem go w plecy, on znów mnie pięścią w bok, aż mi świeczki w oczach stanęły. Za czym my się oba za czupryny chwycili i splątali jak kłębek, potoczyli razem do progu. A taka w nas żałość była, taka z tej żałości srogość, że żaden pary nie puści!, me pisnął nawet.

Zaraz też nam się po tej dzierce lżej na sercu stało.
Jużeśmy do izby wrócili, bo zimnisko ze dworu gnało, a ojciec precz jeszcze perswadował matce:
- Tera ci się za nią siaki taki grosina weźmie; a jak przychudnie, boć już i sieczki ujmuję, to kto co za nią da? Cóż. Anulka! Jak se myślisz, serce? Matka westchnęła ciężko.
- I cóż ja se mam myśleć, mój Filipie?... Myślę, że nas Bóg ciężko dotknął tą chorobą. Myślę, żem ci się kamieniem u szyi stała i do dna cię ciągnę... O tych sierotach myślę...
Zakryła oczy ręką i zaszlochała głośno. Ojciec całował ją po głowie.
- Anulka!... Serce!... Anulka!... - powtarzał, aż nagle sam ryknął płaczem.

- Siarczyste!... - mruknął za mną Felek wycierając oczy kułakiem. Kilka dni minęło, a o sprzedaniu szkapy nie było jakoś mowy.
Matka miała się coraz gorzej. Jej ciężki, chrypiący kaszel z twardego snu dziecięcego po nocach nas budził. Raz w raz też zasypiała we dnie i mimo że się nagle ciepło na świecie zrobiło, febra ją chwilami trzęsła, aż zęby szczękały. Ojciec chodził po izbie zgarbiony, żółty, jakby mu z dziesięć lat życia przybyło, a rękę na nas twardą miał i o byle co do czubów nam sięgał, ale żeśmy się tam wiele nic nastręczali, dużą część dnia spędzając w stajence.

Od kiedy zagroziła nam możność utracenia szkapy, stała się nam ona podwójnie drogą. Rozrzewniało nas teraz każde jej parsknięcie, każde ruszenie ogonem.

- O... je! - wołał Piotruś wpatrzony w nią z zachwytem, gdy zanurzała w żłobie łeb swój wielki, a podniósłszy go żuła gołą sieczkę, mrużąc zdrowe oko.
- O... pije! - wolał, gdy łeb wsadzała do starego wiaderka, aby żłopnąć raz i drugi wody którąśmy jej przynosili własnoręcznie.
Ja i Felek siadaliśmy z obu jej stron na żłobie i machając nogami przyglądaliśmy się całymi godzinami każdemu jej ruchowi.
Ziemniaki nawet, któreśmy teraz już co dzień bez okrasy mieli, tuśmy przynosili, aby razem ze szkapą obiad jeść. chociaż dzielić się z nią nie było czym. bo nam samym jakoś się coraz szczupłej dostawało.
Weselej też było w stajence niż w izbie- bo słońce w same zęby świeciło tu nam przez drzwi na ścieżaj otwarte, a do suteryny, do naszego kąta, jak rok długi nie zajrzało nigdy.

- Ależ tu zimno u was - mówił pan doktor zachodząc do matki- - I wilgoć straszna! Powinniście się postarać o suchą i ciepłą izbę dla żony - dodawał, gdy go ojciec wyprowadzał do sieni - żona wasza nie może w takiej izbie leżeć- Powietrze fatalne, zgniłe, żadnej wentylacji, żadnego światła- Powinniście przecież dbać o kobietę, kiedy chora. Z nią coraz gorzej i musi być gorzej w takich warunkach.
Ojciec gryzł wąsy i milczał ze spuszczoną głową.


strona:   - 1 -  - 2 -  - 3 -  - 4 -  - 5 - 

Polecasz ten artykuł?TAK NIEUdostępnij


  Dowiedz się więcej
1  Nasza szkapa - streszczenie
2  Plan wydarzeń „Naszej szkapy”
3  Charakterystyka rodziny Mostowiaków



Komentarze: Maria Konopnicka - Nasza szkapa - treść noweli

Dodaj komentarz (komentarz może pojawić się w serwisie z opóźnieniem)
Imię:
Komentarz:
 



2010-12-27 19:21:04

nudy nudy same nudy lepsza jest narnia lub wladca pierscienia wedlug mnie głupie wedlug innych fajne ale ja dopiro mam 12 lat i ksiazki mnie nie obchodza wole filmy i komputer




Streszczenia książek
Tagi: