Maria Konopnicka - Nasza szkapa - treść noweli - klp.pl
Streszczenia i opracowania lektur szkolnych klp klp.pl Lektury Analizy i interpretacje Motywy literackie Epoki
Ale matka spojrzawszy na ojca klasnęła w ręce i aż na pościeli siadła.

- Filip`. - krzyknęła - a kożuch?

Teraz dopiero zobaczyłem, że ojciec bez kożucha wrócił. Nie miałem jednak czasu wielce się rozglądać, gdyż ojciec Piotrusia za ręce chwycił i siarczystego młynka z nim wywinął. Potem głośno się rozśmiał, Piotrusia puścił i na łóżku matczynym siadłszy śmiał się aż mu łzy po twarzy sczerniałej pociekły- Otarł je prędko rękawem starego Spencerka.

- I cóż. Anulku? Jak ci tam?... - zapytał,
Ale matka na poduszki opadłszy leżała jak nieżywa.

- Filip! - szepnęła wreszcie z wyrzutem. - Co ty?... Kożuch przedał?...
- Kożuch! Kożuch! - powtórzył ojciec. - No i cóż kożuch?... Wielka parada kożuch! Dość go się nadźwigałem przez tyle czasu- A to ciężki, psianoga, jak młynarskie sumienie... Aż lżej człowiekowi, że go z siebie zrzucił!

A gdy matka jęknęła z cicha, po włosach ją pogładził ręką i dodał:
- A też z ciebie, Anulku, krzywe drewno, że lada czego stękasz...
Był kożuch, nie ma, ta i straszna historia! Cóż to? Da mi kożuch jeść albo za mnie komorne zapłaci, albo co? Wiosna za pasem, tylko patrzeć, jak rzeka puści, a ja się tam będę w kożuchy fundował... A to, poczekawszy, i w Spencerze za gorąco będzie, jak się robota otworzy...
Tego dnia znów był u nas pan doktor i znów do apteki biegałem.
- Zimno tu jakoś - mówił pan doktor wychodząc - i wilgoć czuć. Trzeba by lepiej palić...

I wstrząsnął się otulając krótkim futerkiem. Ojciec słuchał ze spuszczoną głową. Cały ten dzień był ojciec bardzo wesół; ale równo musiało mu coś być, bo jak tylko matka nie patrzyła na niego, odmieniał się na twarzy, zwieszał głowę, a oczy to mu się z siwych aż czarne robiły, taką w nich żałość miał.

Całe pół puda węgla kupiliśmy na odwieczerz w sklepiku i ogień taki był, że aż huczało w piecu. Ojciec lawę przysunął do naszego siennika i siadł sobie na niej, matka też się obróciła, żeby na ogień patrzeć, i takeśmy się wszyscy wygrzali, że to ha!

Upłynęło znów ze dwa tygodnie. Ojciec niewiele co zarobku miał; a to i w domu roboty było dość: tu szmaty upierz, tu strawę uwarz, choć się tam i nie zawsze warzyło, ot, nie jedno, to drugie, a z nas to najwięcej jeśli posyłka jaka... Matce leż nie było ni lepiej, ni gorzej; wyschła tylko strasznie i na twarzy zbielała jak chusta; ciężkie kaszle też na nią przychodziły coraz częściej, osobliwie na świtaniu.

Zaglądały czasem sąsiadki do izby. dziwując się matce, że taka zmizerowana.

- Żeby już albo w tę. albo w tę stronę Pan Jezus dał! - mówiła gwoździarka do ojca.

- Tfu! - splunął ojciec. - Co tam pani takie rzeczy będzie gadała? Cóż to, przykrzy mi się, czy co? Czy my to tylko na zdrowe czasy przysięgali sobie, a na te chore to nie? Czy to ona przy kim, nie przy mnie, nie przy moich dzieciach zdrowie straciła?...

I na tym się skończyło.

A mróz trzymał. Choć się i wiatr na zachód obrócił, zimnisko takie było w izbie, że aż para szła- A zelżało trochę pod wieczór, to znów śniegiem miotło tak, że świata widać nie było. Piotruś to już i do ochronki nie szedł, tylko za piecem albo w nogach matczynego łóżka siedział, taki delikacik! A my z Felkiem piguły ze śniegu robili i walili w siebie na rozgrzewkę.

Jakoś się jednego dnia nie paliło w piecu. Ojciec matkę przyodział derką, a mnie do sąsiadki posłał po kawałek cukru do ziółek. Ale sąsiadka nie miała. Otworzył tedy ojciec do kuferka, czy jeszcze gdzie nie wytrząśnie jakiej okruszyny, bo matka kaszlała tak, że aż się w piersiach coś rwało. Zaraz my we trzech obstąpili ojca, bo w kuferku bywały różne rzeczy, któreśmy rzadko kiedy widywali. Były w pudełku brzytwy ojca, były w drugim korale matczyne, była czarna jedwabna chustka, co ją ojciec w wielkie święta na szyję wiązał; była szuba matczyna z czerwoną podszewką, była żółta serweta w kwiaty na stół, była kapa na łóżko z zielonego persu.

Ale tym razem zupełnieśmy się zawiedli; kuferek był pusty. W kątku tylko, w czerwoną chusteczkę zawiązana, leżała kawalerska harmonijka ojca. Ojciec potrącił ją raz i drugi, szukając odrobiny cukru, jakby się bał ją podnieść i usunąć z kątka. Brzękła i umilkła. Ale Felek już wsadził rękę do kuferka.

- A harmonijka, proszę ojca! - krzyknął podnosząc czerwone zawiniątko. - Nie można by harmonijki?...
- Felek!... - zawołał matka słabym głosem z łóżka.

Ojciec się zaczerwienił. Felkowi chustczynę z harmonijką odebrał i włożywszy do kuferka, zamknął go na klucz.
Tego dnia bardzośmy długo śniadania nie jedli: a obiadu to też nie było. Myślałem, że mnie ojciec choć po chleb pośle, ale nie. Piotrusiowi tylko dostała się wczorajsza kromka. Poszliśmy z Felkiem do sieni w klasy grać, bo nam się dłużyło jakoś. Druga już może była albo i trzecia, kiedy matka zawołała mnie do łóżka i rzekła zmęczonym, przerywanym głosem:

- Wpadnij no, Wicuś, do maglarki na Szczygłą - wiesz?
- Ojej... Co nie mam wiedzieć... Pod trzeci...
- Pod trzeci - powtórzyła matka. -To porządna kobieta, może kupi żelazko...
- Żelazko?... -powtórzyłem, niepewny, czy dobrze słyszę.
- Tylko żeby dopiero zmierzchem przyszła, żeby w podwórzu stróżka nie widziała... No, idź...
Chwyciłem czapkę, kiedy mnie zawołała raz drugi:
- Wicuś!...
Ale kiedym podszedł, popatrzyła na mnie i rzekła:
- Nic już, nic! Idź...

Byłem we drzwiach, kiedy mnie zawołała raz jeszcze. Była wpółpodniesiona na łóżku, zapadłe jej oczy otwarte były szeroko.
- I moździerz... - szeptała tak cicho, żem dosłyszał ledwie.
Skamieniałem. Doznałem wrażenia, jakby mnie samego sprzedawać miano.
- Moździerz? - powtórzyłem też szeptem nachylając się ku twarzy matki.
Dyszała ciężko, nierówno, w- piersiach słychać było świst ostry. Nic odpowiedziała nic, tylko mnie przytrzymała za rękę. Dłoń jej była zimna, wilgotna. Dwa czy trzy razy otwarła usta bez głosu, pożółkłe jej czoło potem się okryło.

Chwyciła powietrza głębokim, do westchnienia podobnym oddechem,
- I rondel... - szepnęła z wysiłkiem.
- Rondel?... - rzekłem równie cichym głosem.
Skinęła tylko ręką, głowa jej opadła na poduszkę, oczy się przymknęły.
Wyleciałem jak oparzony trzymając czapkę w garści. W sieni spotkałem Felka.

- Słysz, ty! - krzyknąłem mu w ucho. - I rondel, i moździerz, i żelazko, wszystko ci het przedajem!
- Siarczyste! - rozśmiał się Felek i wyskoczył w górę na tę uciechę. trzasnąwszy się dłoniami po udach. Ten skok to była najlepsza sztuka w całym repertuarze jego. Nigdy mu w nim dorównać nie mogłem. Rzucał się w powietrze tak łatwo, jak ryba w wodę. Zaraz tez we dwóch polecieliśmy na Szczygłą, bo Felek ambitny był i nigdy mi o włos .przed sobą nie dał.

Ale maglarka nie chciała wielce ze mną gadać- Powiedziała, że jej rondel niepotrzebny, a moździerz i żelazko ma swoje. Wyszliśmy oburzeni.

- Dzisz babę! - krzyknął Felek. - Rondel jej niepotrzebny! Taki
rondel jak nasz i jej niepotrzebny.
Z błyszczącymi oczami czekała matka, a gdym jej o skutku naszej wyprawy powiedział, westchnęła, jakby doznawszy wielkiej jakiejś ulgi.
Przed wieczorem jednak znów mnie zawołała i kazała bieżeć po "handla". Wylecieliśmy obaj z Felkiem. uszczęśliwieni, że się jeszcze ta sprawa nie kończy. "Handel" przyszedł, obejrzał żelazko, obejrzał moździerz, obejrzał rondel i wykrzywiwszy wzgardliwie usta powiedział, że to wszystko szmelc tylko chyba. Żelazko przepalone, moździerz mały, rondel cienki i nitowany z boku... Za trzy te sztuki razem dawał dziesięć złotych.

Porwała się matka i na łóżku siadła.
- Co?... Dziesięć złotych?... Sam moździerz kosztował pięć złotych i trzynaście groszy! A żelazko!... A rondel!.,.
- Nu, na szmelc... - zaczął "handel".

Ale nie dopuściła go do słowa i trzęsącą się ręką drzwi mu pokazywała,
- Idźcie!... Idźcie!... Niech was moje oczy nie widzą!... Nie wy jedni na świecie. - i posłała nas natychmiast po innego "handla", po rudego, co od nas stół ostatni kupił.

Lubiliśmy bardzo tego Żydka, bo koncepty różne, kupując ów stół, prawił, a za odniesienie go na drugą ulicę mnie i Felkowi po orzechu dał. Prawda, że Felków był dziurawy, ale cały dzień na nim gwizdał, że to niby kolej odchodzi. Polecieliśmy tedy po rudego. Szwargotał na rogu przed sklepikiem z tym pierwszym, który od nas wyszedł. Zaraz jednak worek z butelkami na plecach poprawił i za nami poszedł.
Ale obejrzawszy moździerz, rondel i żelazko, dawał za nic tylko dziewięć złotych i szesnaście groszy; mówił też, że moździerz to się i na szmelc nie zda. Matkę aż febra trzęsła i choć się ruszyć prawic nie mogła na łóżku, wyrwała przecież Rudemu rondel i puściła go na ziemię. Jęknął jak dzwon rozbity.

Dziwnego wrażenia doznałem słuchając tego jęku. Zdawało mi się, że jęknęły węgły naszej izby.

Matka zasłoniła oczy i zaczęła płakać.

Nim wieczór przyszedł, było u nas jeszcze z pięciu "handlów"; ale co jeden, to mniej dawał; choć o dwa, o trzy grosze, ale mniej. Szwargotali, kłócili się między sobą. wyrywali sobie moździerz i nasze żelazko, hałas był większy niż na Pociejowie.

Felek tylko mnie poszczypywał z tej uciechy.

- To ci heca! - wołał dusząc się od tłumionego śmiechu i dla ulżenia sobie wywinął pysznego kozła.

Powynosiły się nareszcie Żydy, zaduchu w izbie narobiwszy; rondel, żelazko i moździerz stały rzędem przy matce na ławie. Patrzyła na mnie wzrokiem smutnym, zmęczonym, osłupiałym prawie. A gdy mróz coraz większy na noc brał. a Piotruś, zwyczajnie bąk niewytrzymały, piszczeć zaczął, że mu zimno, że głodny, kazała mi matka bieżeć do stróżki i zapytać, czy żelazka nie kupi.

Ale stróżka mie zapomniała widać owej matczynej omowy. Odęła się też zaraz jak karmelicka bania.

- Jak będę miała kupować, to se nowe kupię! Co mi tam po starym gracie!
Kiedym to powtórzył matce, ognie uderzyły na nią.
- Nic, to nie! - zawołała głosem drżącym z gniewu. - Widzicie ją! Grat!... stary grat!... Jaka pani! Jak pożyczyć, to jej było dobre, a jak kupić, to stary grat! Poczekaj, ty flądro... jędzo...
Zakaszlała się i za piersi chwyciła, ale jej nie było co popić dać, bo ziółka dawno wyszły.

- A to ci tyjatr!... - szepnął Felek szczypnąwszy mię do bolącego.
- Wicuś! - odezwała się matka przerywanym głosem - biegaj do tego najpierwszego ,,hand1a", co dziesięć złotych dawał. Do tego czarnego, wiesz? Niech przychodzi. - I przymknąwszy zoczone oczy szeptała :
- Za psie pieniądze przedam, zmarnuję, a tobie, jędzo, flądro, jedna wara od starych gratów na ludzki dobytek wydziwiać... Nie użyjesz! Nie użyjesz!

I umilkła wyczerpana zupełnie.
Felek aż się piętami po łydkach bił, tak ze mną po Żyda leciał. Myśleliśmy, że go, Bóg wie gdzie, szukać przyjdzie, a on prawie wprost naszej bramy stał. ręce za pas u chałata założył i bokami spluwał. Zupełnie jakby czekał na nas. Kiedy Felek podleciawszy szturchnął go w łokieć, błysnęły mu oczy zmrużone jak kotu i pociągnął nosem. Poszedł za nami prędko, skwapliwie. Ale i on teraz więcej dać nie chciał, jak "równe dziewięć złotych". To ,,równe" mówił takim głosem jakby do onych dziewięciu złotych przynajmniej z pół rubla dokładał.
Matka znów się zapaliła na twarzy.

- Człowieku! - krzyknęła. - A toćże tego nie ubyło. A toćżeście pierw dziesięć złotych dawali! A toćżę to samo!
- Nu, to co, że to samo? - odrzekł flegmatyczie "handel". - Ja się namyślał...

- Dajcież już tak dziesięć złotych, jakeście dawali. Miejcież sumienie!...

- Nu. ja sumienie mam! Żeby ja sumienie nie miał, toby ja ośm złotych dał, a że ja sumienie mam. to ja dam równe dziewięć.
- A żeby was Bóg ciężko skarał za moją krzywdę -jęknęła matka.

- Co to skarał! - szarpnął się "handel". - Za co skarał?... Czy ja darmo chcę wziąć? Czy ja plewy daję? Nu, ja daję gotowe pieniądze.
Matka nic już nie odpowiedziała, twarz jej była tak biała, jak krążek opłatka. Kiedy Żyd liczył pieniądze, Felkowi oczy latały za każdą dziesiątką. Co tylko która była choć trochę starta, natychmiast ją z szeregu wyrzucał, krzycząc, że fałszywa. Żyd sykał z początku, potem rozczerwienił się tak, jakby go apopleksja tknąć miała, zamierzył się raz nawet na Felka, doprowadzony do ostatniej pasji, aż nagle uśmiechnął się, dobył z kamizelki grosz dobrze sczerniały i podając go Folkowi rzekł:
- Nu, ty mądry chłopiec! Ty urzędnikiem będziesz! Na, tobie na piernik!
Ale Felek grosza me brał.

- Tu patrzcie, gdzieście nie dołożyli trojaka - rzekł stukając palcem w kupkę groszaków mającą przedstawiać złotówkę. - Tu dołóżcie, a mnie nie zawracajcie piernikami głowy!
Żyd cmokał coraz silniej z podziwu.
- A kluger Bub - szepnął sam do siebie.
Nareszcie doliczyli się jakoś. Żyd z łoskotem żelazko, moździerz i rondel do brudnego worka wrzucił, a mnie matka posłała po węgle i po chleb.

Kiedy ojciec przyszedł, palił się już w piecu ogień, a my popijaliśmy
kolejno wodziankę z żelaznego garnczka.
Ojciec w progu przystanął, popatrzył na ogień, na nas. potem po izbie spojrzał, a kiedy wzrok jego zatrzymał się na opróżnionej półce, spuścił oczy i na palcach do łóżka matczynego podszedł.
Niedługo jakoś potem zelżało. Ogromny huk pękających lodów na Wiśle słychać było nocami. Węgiel jednak ciągleśmy jeszcze kupowali, bo wilgoć w izbie była taka. że się po ścianach sączyło.

Stancja nasza wypróżniła się do czysta.
- Na glanc... -jak mówił Felek.

Poszła gorsza matczyna suknia, poszedł zegar, poszła balia, a kiedy i płaszcz ojca granatowy poszedł, straciłem zupełnie wiarę w te rzeczy, które są ,,raz na całe życie", zwłaszcza po niedawnym doświadczeniu z żelazkiem.

Chodziliśmy teraz po pustej izbie, jakby po kościele, a Felek hukał złożywszy przy ustach dłonie, żeby mu echo odpowiadało. Pan doktor wszakże przychodził do matki, a i do apteki latałem. Garnek żelazny też jeszcze był. aleśmy rzadko kiedy obiad gotowali; uwarzyło się ziemniaków na rano. to i na wieczór były. a w południe tośmy latali za kotami gospodarza, bo okrutnie po dachach wrzeszczały.
Jednego razu ojciec u kuferka na ziemi przysiadł, otworzył go i długo medytował nad nim.

A była tego dnia duża odwilż. Z dachów ciekło, wróble się darły, a słońce pierwszy raz tej zimy do naszej suteryny zajrzało. Ale matce było znowu gorzej. Całą noc kaszel ją męczył, a pić to wołała więcej niż pięć razy. Lekarstwa nie było. Felek wspiął się na palce i ojcu przez ramię patrzył, Myślał, że Bóg wie, co zobaczy, a tymczasem nic. Ojciec tylko głową kiwał, wąsy skubał i patrzył w milczeniu na czerwone, leżące na dnie zawiniątko. Sięgnął wreszcie po nie, harmonijkę wyjął i siadłszy na matczyny m łóżku grać zaczął.


strona:   - 1 -  - 2 -  - 3 -  - 4 -  - 5 - 

Polecasz ten artykuł?TAK NIEUdostępnij


  Dowiedz się więcej
1  Nasza szkapa - streszczenie
2  Krzywda dziecka ukazana w utworze
3  Bohaterowie Naszej szkapy



Komentarze: Maria Konopnicka - Nasza szkapa - treść noweli

Dodaj komentarz (komentarz może pojawić się w serwisie z opóźnieniem)
Imię:
Komentarz:
 



2010-12-27 19:21:04

nudy nudy same nudy lepsza jest narnia lub wladca pierscienia wedlug mnie głupie wedlug innych fajne ale ja dopiro mam 12 lat i ksiazki mnie nie obchodza wole filmy i komputer




Streszczenia książek
Tagi: